Kilka uwag teoretycznych
Teatr faktu
1.
Tylko do pewnego stopnia będzie prowokacją stwierdzenie, że właściwie nie ma czegoś takiego, takiego gatunku dramatycznego, jak "dramat/teatr faktu". Bo jeśli przyjąć najwęższą możliwą definicję, że jest to udokumentowana relacja z wydarzeń czy sytuacji, które miały miejsce w rzeczywistości, przystosowana do odegrania na scenie czy przed kamerą, to okaże się, że jest to także definicja najpojemniejsza, obejmująca na przykład "Wesele" Wyspiańskiego, a w każdym razie jego pierwszy akt.
W przeszłości pojęcie "teatr faktu" odsyłało do pewnej estetyki. I choć teatry dokumentalne wykorzystywały rozmaite środki w rodzaju chóralnych recytacji, pantomimy, elementów cyrkowych, kabaretu, slapsticku i wszelkich nowinek technicznych, to generalnie rzecz biorąc w czasach Piscatora, uważało się, że przedstawienie dokumentalne wymaga przede wszystkim ofiar. Trzeba bowiem poświęcić indywidualność postaci, grać stereotypami, zrezygnować z kolokwialności dialogu, każdy środek podporządkować ściśle określonemu celowi.
Dzisiaj, gdyby mówić o teatrze faktu jako o "nurcie reportażowo-dokumentalnym", to trzeba by brać pod uwagę powstające na podstawie listów, wspomnień i relacji - monodramy, adaptacje książek należących do tzw. "literatury faktu" oraz przełożone na przykład na język tragedii historie zaczerpnięte z prasy. Dlatego w odniesieniu do współczesnej dramaturgii skłaniałabym się do możliwie jak najszerszego rozumienia pojęcia "teatr faktu", we wszelkich jego poetyckich, redukcjonistycznych lub - przeciwnie - wybujałych formach.
Tak rozumiany teatr faktu nie ma ograniczeń formalnych. I o współczesnej różnorodności jego form będę mówić za chwilę.
Ale najpierw uwaga natury ogólnej.
2.
Gdyby punktem wyjścia do rozmowy o teatrze faktu był fakt - znaleźlibyśmy się w nie lada kłopocie. Status faktu ostatnimi czasy nieco się zmienił, stał się jakby bardziej wątpliwy.
W historii najnowszej na przykład w przypadku Okrągłego Stołu jedynym faktem , którego jak dotąd nikt nie zakwestionował jest fakt stolarski, to znaczy fakt wykonania mebla. Wszystkie inne są podważane, kwestionowane, wywracane na nice, nie tylko tryb, intencje i skutki tego wydarzenia, ale nawet to, po jakiej stronie się występowało (rządowej czy solidarnościowej). Fakt historyczny stał się elementem politycznych przetargów -nawet jeśli nam się to bardzo nie podoba - i nie ma co się łudzić, że można przedstawić go "obiektywnie". Sposób przedstawienia jest interpretacją, a więc zajęciem stanowiska i tyle.
Angielski krytyk Aleks Sierz przestrzega, że im bardziej teatr faktu "przechwala się swoją wiernością w stosunku do faktów, z tym większą rezerwą należy go traktować".
Można by powiedzieć, że nazwa "teatr faktu" jest niefortunna i lepsza byłaby nazwa "teatr dokumentalny", ale dokumenty są niestety jeszcze bardziej podejrzane niż fakty. Na ten temat w prasie dyskusji i sporów jest pod dostatkiem. Mówię o tym dlatego, że skoro dzisiaj domeną historyków stało się konstruowanie "wirtualnych rzeczywistości" na podstawie wybranych źródeł, to ze znacznie lepszym skutkiem mogą i powinni to robić twórcy dramatyczni.
Andrzej Paczkowski powiedział, że jego młodsi koledzy historycy umieją rekonstruować fakty, ale brak im wizji i oglądu całości, a to bardzo upośledza interpretację. Autor dramatyczny tego błędu nie popełni, bo nie może sobie pozwolić na brak wizji. Tak zwany teatr faktu jest z natury rzeczy jej podporządkowany i zawsze będzie to teatr z tezą.
Czy to znaczy, że teatr faktu jest teatrem politycznym? W moim przekonaniu tak. W szerokim tego słowa znaczeniu. I nie dlatego, że taki jest jego rodowód (Piscator i porewolucyjna Rosja), ale w tym sensie, że oddziałuje na widzów w kontekście i w ramach panującego systemu społecznego. Indywidualny los wpisuje zawsze w szerszy kontekst. Teatr dokumentalny opowiada się zawsze po jakiejś stronie.
Peter Weiss w latach sześćdziesiątych sformułował bardziej lub mniej bezpośrednio kilka zasad dotyczących teatru faktu. To są same paradoksy:
pierwszy paradoks : autor dramatu faktu nie zmienia treści, ale opracowuje na nowo jej formę - treść ma być autentyczna, ale można nie przedstawiać jej realistycznie;
drugi paradoks : dostosowanie materiału historycznego do wymogów sceny czyni teatr faktu teatrem daleko posuniętej interpretacji;
trzeci paradoks : teatr dokumentu jest stronniczy - otwarcie zabiega o poparcie widzów i jest nieuchronnie subiektywny.
3.
Mówiąc o różnorodnych formach teatru faktu można na potrzeby tego spotkania pominąć goszczące na naszych scenach biograficzne spektakle o Gabrieli Zapolskiej czy Helenie Modrzejewskiej; czy inne napisane na postawie korespondencji kameralne sztuki z życia sławnych ludzi.
Ciągle powstaje wiele tradycyjnych w formie sztuk i scenariuszy historycznych, pisanych na podstawie źródeł i dokumentów. Kiedy mówimy "teatr faktu" myślimy jednak raczej o współczesności i o historii nieodległej.
Dlatego pierwsze co przychodzi do głowy to teatralne adaptacje wspomnień lub ważnych reporterskich książek. Wydaje się, że szczególnie dużą siłę oddziaływania mają tu bardzo oszczędne pod względem środków teatralnych monodramy takie jak "Nadludzka medycyna" wg Adiny Blady-Szwajger, który zrobiła dla telewizji Maja Komorowska.
Bardzo dużą popularnością cieszyły się "Rozmowy z katem", które doczekały się kilkudziesięciu inscenizacji od 1977 roku, kiedy w Teatrze Powszechnym zrealizował je Andrzej Wajda.
"Zdążyć przed Panem Bogiem" wystawił z kolei Kazimierz Dejmek w Teatrze Popularnym w Warszawie, o czym wspominam nie przypadkiem, bo tam właśnie powołano wówczas Scenę Faktu, której radę artystyczną stanowili reporterzy: Kapuściński, Kąkolewski, Hanna Krall i Jerzy Szperkowicz. Był rok 1980 i teatr faktu zaczął się rzeczywiście w Polsce rozwijać. To miało charakter terapeutyczny - przywracało wiarę w fakty, zwłaszcza historyczne; uwiarygodniało teatr; stanowiło swoisty akces polityczny itd.
Najgłośniejsze przedstawienia tego okresu to "Relacje" Krallówny w Teatrze Małym (zapisy obszernych wywiadów m.in. z Lechosławem Goździkiem i Anną Walentynowicz drukowane wcześniej w "Tygodniku Powszechnym"). Notabene w ostatnim "Dialogu", Piotr Gruszczyński proponuje teatrowi (a zwłaszcza Teatrowi Telewizji) wystawienie rozmów Barbary Łopieńskiej wydanych w książce "Męka twórcza. Z życia psychosomatycznego intelektualistów".
Drugim głośnym przedstawieniem z czasów Solidarności był "Oskarżony: czerwiec pięćdziesiąt sześć" zrealizowany w Teatrze Nowym w Poznaniu przez Izabellę Cywińską. - montaż stanowiący próbę rekonstrukcji wypadków poznańskich oparty na zeznaniach świadków, nagraniach procesów, przemówieniach polityków, wykorzystujący także współczesną poezję.
Montaże są jedną z najbardziej klasycznych form teatru dokumentalnego. Piscator wmontowywał w swoje przedstawienia płynące z głośnika komunikaty i filmy dokumentalne nakręcone na przykład w schronisku dla bezdomnych. Leon Schiller, który wykorzystywał konwencje teatru faktu i chwyty paradokumentalne w swoich inscenizacjach, wystawił też spektakl oparty w całości na materiałach Ogólnopolskiego Związku Kas Chorych zatytułowany "Polityka społeczna" wg scenariusza Aleksandra Wata, który tak ten montaż opisywał: "były tam i śpiewy, i chóry, i marsze, monologi, telefon się odzywał, a na ekranie powiedzmy: ośmiogodzinny dzień pracy. Speaker czyta ustawy. Króciutki paragraf, a potem telefon."
Dzisiaj montaże wracają do łask. Wybitny skądinąd dramatopisarz angielski David Hare, cierpiący ostatnio na "kryzys wiary w fikcję", która w jego przekonaniu staje się bezsilna wobec społecznej i politycznej rzeczywistości, stworzył scenariusz sztuki dokumentalnej poświęcony skandalicznej prywatyzacji brytyjskich kolei przeprowadzonej w latach dziewięćdziesiątych. Sztuka "Permanent Way" (Ciągle w podróży), której premiera miała miejsce w 2003 roku jest montażem wypowiedzi polityków, urzędników, bankierów, pracowników kolei i pasażerów. Podobno był to spektakl rewelacyjny. I jak się wydaje nie odosobniony, bo podobne montaże poświęcone wojnie w Iraku pt "Listy z wojny" czy "Guantanamo" miały premiery w ubiegłym roku.
Podobny renesans przeżywają sztuki sądowe . To także dawna tradycja teatru faktu. Montażami protokołów sądowych lub dokumentów śledztwa były dramaty Heinera Kipphardta "Przesłuchanie Oppenheimera" (protokoły przesłuchań w Komisji do Spraw Energii Atomowej w Ameryce) i Petera Weissa "Dochodzenie" (sprawozdania "Frankfurter Allgemeine Zeitung" z procesu zbrodniarzy wojennych). Oba czterdzieści lat temu wyreżyserował Piscator. Tymczasem w Londynie w ostatniej dekadzie wystawiono kilka takich sztuk. Teksty bierze się bezpośrednio ze stenogramów sądowych, pieczołowicie odtwarza się warunki na sali rozpraw i procedury prawne. Aleks Sierz opisując te przedstawienia na łamach "Dialogu" pisze, że "ambicją teatru sądowego jest bycie czymś na kształt telewizyjnej relacji nadawanej na żywo". Rzecz w tym, że powodem wystawienia pierwszego utworu sądowego w latach dziewięćdziesiątych była próba zrekompensowania publiczności straty spowodowanej zakazem nadawania przez telewizję sprawozdań z procesu o nielegalny eksport broni do Iraku. Trudno powiedzieć, czy w Polsce w dobie nadmiaru sprawozdań telewizyjnych z obrad komisji śledczych taka formuła teatru faktu mogłaby zyskać popularność.
Z dużą pewnością można jednak stwierdzić, że teatr agitacyjny należący także do teatru faktu przyjęty zostałby z rezerwą. Teatr agitacyjno-propagandowy , taki jak w Rosji Radzieckiej robiono z okazji rocznic rewolucji - odtwarzający autentyczne wydarzenia np. "Zdobycie Pałacu Zimowego" jest w takim kształcie zjawiskiem historycznym. Dzisiaj teatr agitacyjny robią na przykład artyści latynoscy w Stanach Zjednoczonych Teatro Campesino czy Gomez-Pena, ale to jest zupełnie inna historia.
Z tym, że o propagandowym i manipulatorskim aspekcie teatru quasi-dokumentalnego warto mimo wszystko pamiętać. Tutaj szczytowym osiągnięciem na gruncie polskim jest dramat Leona Kruczkowskiego "Juliusz i Ethel" poświęcony sprawie Rosenbergów i opisujący ich ostatnie godziny przed egzekucją. Wspominam o tej sztuce, ponieważ abstrahując od tego, że "była hołdem złożonym świetlanej pamięci ofiar amerykańskiego faszyzmu" (jak pisał wówczas, w 1954 roku, Roman Szydłowski), to była także pod względem formalnym zupełnie tradycyjnym dramatem.
W latach dwudziestych w Rosji i w latach trzydziestych w Stanach Zjednoczonych, a później także w Anglii pojawiły się dokumentalne widowiska zwane "żywymi gazetami". Opisywano je jako mieszankę ruchomych obrazów, epickiego teatru, commedii dell`arte, elementów cyrku, pantomimy, felietonów i aktualności politycznych. Były niewątpliwie widowiskowe.
W Rosji - bardziej agitacyjne. W Stanach - bardziej społeczne, zajmowały się palącymi problemami ze sfery ekonomii, polityki i życia społecznego.
Dzisiaj powstają liczne sztuki, dla których inspiracją są artykuły czy informacje prasowe - skądinąd zawsze tak było "Niespodzianka" Rostworowskiego i "Klątwa" Wyspiańskiego także były inspirowane informacjami z gazety - ale nazywanie ich teatrem faktu czy scenicznym dokumentem byłoby daleko posuniętym nadużyciem. Nie o fakt toczy się tu gra, lecz o jakość i stopień jego przetworzenia. Można to pokazywać na trzech bardzo różnych przykładach o charakterze dokumentalnym - literackim - publicystycznym:
Kilka lat temu, pierwszą głośną sztuką z tej półki była "Młoda śmierć" Grzegorza Nawrockiego. Trzy etiudy dramatyczne inspirowane autentycznymi wydarzeniami, to znaczy po prostu morderstwami. Mają zwięzłą, zdyscyplinowaną formę, koncentrują się wokół jednego wydarzenia., pozbawione są jakichkolwiek elementów pobocznych.
O sztuce "Łucja i jej dzieci" Marka Pruchniewskiego mówi się, że ma formę antycznej tragedii.
"Cena milczenia" Iwony Ruszkowskiej-Pawłowicz (drukowana w "Dialogu" nr 7/2004) to sztuka z tezą, czysto publicystyczna, przetwarzająca na swój sposób pedofilską aferę w poznańskim chórze.
Warto zwrócić uwagę, że etykiety "dokument sceniczny" nadużywa się dzisiaj myląc po pierwsze inspirację z efektem finalnym, a po drugie metodę pracy z jej rezultatem, po trzecie wreszcie "teatr faktu" z czymś w rodzaju "reality drama" pokazującym rzeczywistość czy raczej codzienność w skali 1:1. O inspiracji była mowa. O metodzie pracy, czyli o technice verbatim - trzeba powiedzieć dwa słowa:
Verbatim jest wynalazkiem brytyjskim, techniką "pisania na scenie", kreacją zbiorową opartą na autentycznych materiałach zgromadzonych przez zespół. Przyswoił sobie tę metodę moskiewski Teatr.doc, który pokazywał swoje spektakle w Gdańsku. Metoda pracy Teatru.doc polega na tym, że w upatrzonym z góry środowisku (mogą być to biznesmeni, mogą nielegalni imigranci) rejestruje się rozmaite materiały przy użyciu kamer i dyktafonów, następnie się je omawia i tworzy ogólny szkic, a następnie ktoś materiał z taśmy spisuje, porządkuje i rozpisuje na dialogi. Szybki Teatr Miejski, który powstał w Gdańsku, mimo wszystkich różnic, zrodził się z tej inspiracji. Ale metoda wykorzystywania wywiadów, nagrywania rozmów jest zupełnie niezależnie stosowana przez autorów dramatycznych: w ostatnim "Foyer" Paweł Jurek opowiada o tym, jak w kawiarni spisuje na gorąco zasłyszane dialogi. Dużo o tym mówi także Paweł Sala. To są jednak tajemnice ich warsztatu, a nie dowód na dokumentalny charakter ich dramatów, co niektórzy krytycy im imputują. Teatr faktu czy teatr dokumentalny ma podstawową cechę: wykorzystuje autentyczne dokumenty i źródła historyczne - wyselekcjonowane i zmontowane w celu przekazania jakiejś tezy społecznej czy politycznej. Teatr faktu jest teatrem, który problematyzuje świat. Dlatego nie każdy przekaz zaczerpnięty wprost z życia potocznego aspiruje do takiego określenia.
- pracownik naukowy w Zakładzie Historii i Teorii Teatru w Instytucie Sztuki PAN, redaktorka działu eseistyki miesięcznika "Dialog", współwłaścicielka Oficyny Wydawniczej Errata, publicystka.
4.
Teatr faktu jest w kontrze do obowiązujących mód. Jest teatrem konkretu i teatrem narracji, teatrem politycznym i zaangażowanym. To się może źle kojarzyć. W dodatku, co gorsze bywa dydaktyczny, a w dodatku czasem posuwa się do manipulacji. Ale Jerzy Koenig napisał kiedyś, że "dramat faktu narodził się nie tyle z fascynacji faktem, dokumentem, protokolarnie wierną relacją, ile z bezradności pisarza wobec problemu", a to znaczy, że zajmuje się tylko naprawdę ważnymi sprawami i dlatego warto go dzisiaj robić.








Komentarze
Autor: obserwator rzeczywistości (Piątek 06-05-2005 15:24)
nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że teatr faktu jest w kontrze do obowiązujących mód.
Tak jak współczesne kino przeżywa fascynację dokumentem (sporo filmów nie mających wiele współnego z formułą dokumentalną naśladuje ich strukturę, sposób narracji, opowiadania i świadomie nawiązuje do dokumnetalnej formy lub wręcz ją udaje specjalnie, by w ten sposób coś uwypuklić czy "podbić" ). Swego czasu mówiono nawet o kinie społecznego niepokoju - które miałoby czerpać z rzeczywistości, ulicy, współczesnych bolączek - zdarzeń mających swoje źródła gdzieś w poprawczakach, więzieniach, domach dziecka ale też i w prywatnych mieszkaniach.
Teatr, tak jak kino, czerpie mocno z rzeczywistości. Bardziej popularny kiedyś niż dziś teatr faktu, nie stoi jednak w kontrze do ponujących obecnie mód. Myślę, że moda na teatr faktu coraz bardziej się rozprzestrzenia. Jedyne wątpliwości jakie można mieć to wątpliwości czysto definicyjne o których również i Pani pisze. Mam jednak wrażenie, że więcej sztuk należy do gatunku teatru faktu, czy też wypływa z niego niż nam się zdaje...
Autor: gonzo (Niedziela 05-06-2005 11:53)
Zgadzam się. Jedyna różnica pomiędzy przeszłością a teraźniejszością polega na tym, że kiedyś tear faktu podejmował głównie tematy polityczne. Dziś, mam wrażenie, bardziej w cenie jest problematyka społeczna - ludzkie małe "wielkie" tragedie i dramaty. Co nie zmienia faktu, że teatr faktu (!) jest i mógłby jeszcze bardziej być popularny. Zmieniło się tylko zapotrzebowanie na tematykę. I dobrze.