Otworzyć się przed nieznajomymi
Lubelski potwór dwugłowy
Jesienią 2005 roku na Krakowskim Przedmieściu, głównej ulicy Lublina, przechodnie mogli zaobserwować zachowania i obyczaje nowego nieznanego dotychczas biologom gatunku, przedstawiającego się jako Encepence. Jego ojcowie występują w Internecie (www.encepence.org) zrośnięci głowami, dlatego na spotkanie z nimi szedłem z pewnym niepokojem.
Karol Kościński: Encepence?
Dariusz Krawiec (lat 29, DJ): W której ręce?
A skąd nazwa?
Jacek Drobek (lat 33, właściciel studium tatuażu): Trochę znikąd. Może z tego wierszyka właśnie.
Dlaczego zaczęliście organizować happeningi?
DK: To próba naszej wypowiedzi na temat tego, co w ludziach jest istotne. Chcemy mówić o ukrytych sprężynach stosunków międzyludzkich, wyrażać siebie. Zaczęło się od tego, że przez przypadek kupiłem stary holenderski rower. Przejechałem się na nim w "niemodnych" okularach, z grubymi czarnymi oprawkami z plastiku. Wywołało to różne reakcje u przypadkowych przechodniów: od ostentacyjnego pukania się w głowę po śmiech, a wręcz aprobatę. Wtedy dotarło do mnie, jakie znaczenie w postrzeganiu drugiego człowieka zajmuje jakiś gadżet, rzecz. Będąc tą sama osobą zyskujesz "uznanie" bądź wzbudzasz niechęć w zależności od opakowania. Proste, a jednak, czy wszyscy w tak oczywisty sposób zdają sobie z tego sprawę?
JD: Zresztą trudno powiedzieć, czy to, co robimy to happeningi. Niektórzy powiedzą, że nie, ale nam przede wszystkim chodzi o wybicie przechodniów z codziennego kieratu, pokazanie ukrytych sprężyn relacji miedzy ludźmi, zaskoczenie, ale też zabawę. Lublin to niby studenckie miasto, ale jakoś się tego nie czuje. Pięć uczelni, ale jest spokojnie i często niewesoło.
No to opowiedzcie, jak to robicie?
DK: Pierwszą akcją byli "Plotkarze". Spotkanie dwóch panów ubranych w garnitury. Usta mają zaklejone taśmą, ale rozmawiają. Zamiast słów używają pędzli i farby. Po prostu obsmarowują się wzajemnie. Robią po prostu to, co zwykle robią ludzie. Na koniec odklejają taśmę, mówią "cześć", rozchodzą się.
JD: Kiedy kończymy nasze akcje, chcemy po prostu rozpłynąć się w tłumie. Sprawić wrażenie czegoś naturalnego, nie zaplanowanego - ot zwykłe codzienne zdarzenie. Nie chcemy narzucać, wymuszać reakcji. A poza tym, z tłumu powstałeś, w tłum się obrócisz. Zrobiliśmy to samo, kiedy byliśmy w Londynie.
A czy reakcje angielskich widzów różniły się jakoś od lubelskich?
JD: Tam ludzie są przyzwyczajeni, że coś się dzieje na ulicach, i do inności. Szybko się zebrali w kółku. Potem bili brawo. Kiedy smarowaliśmy się po tych garniturach, ktoś zapytał złośliwie: "co, Armani?" Ale najlepsze było jakieś dziecko. Powiedziało: "Lepiej, żeby jego mama tego nie widziała."
DK: U nas też ludzie czasem wciągają się do zabawy, ale oporniej. Tak było chociażby podczas "Wejdź w siebie."
"Wejdź w siebie" to wasza druga akcja?
DK: Po ulicy idzie gość z olbrzymim pudłem, nagle przystaje, otwiera je i wchodzi do środka. Potem zamyka pudełko i siedzi w nim jakiś czas. Wreszcie wychodzi, zostawia pudło i gdzieś sobie idzie. Na pudle widnieje napis "Potrafisz tak?". Do pudła wchodzą kolejne osoby, reprezentujące różne ludzkie charaktery. Ostatnia z nich umieszcza na pudełku napis "Wejdź w siebie". Chcieliśmy pokazać, jak trudno zrobić coś nieracjonalnego. Ile osób pokusiłoby się o wejście do pudelka na oczach innych? Spróbuj, ustaw pudełko i wejdź do niego w obecności obcych ludzi. To dziwne, ale pierwszym wrażeniem jest wstyd, wstydzimy się robić coś "dziwnego", innego. To przecież nie przystoi robić z siebie wariata.
JD: Chodziło nam też o świat widziany z perspektywy pudła. Jakieś paski życia tylko widać wąskie. Ludzie zamykają się w takim pudle, w takiej ciasnej przestrzeni, jakiejś formie. Byli ludzie, którzy podchodzili do tego pudła, otwierali, robili zdjęcia tym w środku. Nawet dwie osoby pokusiły się o wejścia do pudla. A poza tym używamy prostych środków. Bo tak jest łatwiej. Pudło wzięliśmy ze sklepu spożywczego. Zawsze najważniejszy jest pomysł.
A potem był "Tryb życia"?
DK: To nasza trzecia akcja. Chodziliśmy po ulicach z wielkim trybem i tablicą: "Encepence.org ostrzega przed niewłaściwym trybem życia".
JD: Rozdawaliśmy trybiki z zegarków, taki symbol indywidualnego trybu życia. Różne. Metalowe. Plastikowe. Ludzie sami mogli wybrać swój trybik. Starsi mówili, że nas popierają. Niektórzy pytali, czy te trybiki, które rozdajemy, są za darmo. Ktoś się pytał, co reklamujemy. Na chwilę zostaliśmy roznoszącymi ulotki.
Jakie są inne plany Encepence?
DK: Szerokie. Zrobiliśmy wigilię na deptaku lubelskim. Chodziło nam o to by ludzie włączyli się do wspólnego święta. To takie nasze dodatkowe nakrycie jak podczas tradycyjnej wigilii.
JD: Chcieliśmy też pokazać, że nasza tradycja tak naprawdę umiera. Wpuściłbyś kogoś do domu teraz, pod choinkę, na barszczyk z uszkami?
Jak bym go dobrze obszukał i sprawdził wykrywaczem kłamstw. Coś jeszcze wam chodzi po głowie?
DK: "Parada abażurów", czyli ludzie chodzący po ulicach z abażurami na głowach. Poza tym myślimy o nowym happeningu. Trzy postacie. Pierwsza to "Wbity w formę" - skrępowany formami do pieczenia. Jest przywiązany sznurkiem do "Nie krępuj się", drugiej postaci, z ptasią klatka na głowie. Ten z kolei będzie otwierał drzwiczki od klatki i rozdawał cukierki. Trzecia postać, "Płytki gość" ma być cała obłożona płytkami. Jaki ostatecznie kształt przyjmie nasz pomysł, tego jeszcze nie wiemy. Ciągnie nas też w stronę spektakli multimedialnych. Mamy taki projekt "Sterylność": przedstawienie o izolacji człowieka we współczesnym świecie, ale co z tego wyjdzie, też nie wiem.
Działacie raczej spontanicznie czy odgrywacie zaplanowane role?
JD: Stosunek spontaniczności do roli jest tak naprawdę różny. Obmyślamy scenariusz, wiemy, co chcemy zrobić, ale przecież nie możemy zaplanować, jak zareagują ludzie. To jest w tym wszystkim najfajniejsze.
DK: Poza tym wyjście na ulice pozwala dotrzeć do różnych odbiorców. Też tych, co nie bywają na happeningach czy performance'ach organizowanych chociażby w galeriach.
Dużo mówiliśmy o reakcjach innych ludzi. A wy nie musieliście się trochę przemóc przed wyjściem na ulice?
DK: Traktuję to trochę jako próbę poznania czegoś nowego. Taki nowy stan. Zawsze boisz się ludzkich reakcji, śmiechu, ironii, własnego błędu, a ja sprawdzam, na ile potrafię się otworzyć przed nieznaną publicznością, przed nieznajomymi w ogóle. To dla mnie istotne.
[relacja z lubelskiej Wigilii w materiale "Opowieść wigilijna"]








Komentarze
Autor: kazioks (Czwartek 12-01-2006 13:15)
Fajne pomysły...mi też się zdarzało w sposób spontaniczny- czasem z kumplem w liceum wpadaliśmy na różne ciekawe pomysły ale bez przekazywania jakiś określonych treści,tak dla zabawy i zszokowania innych:np przez kilka dni chodziłem w hiszpańskim sombrero (nie jestem pewien pisowni więc jak coś sorry za bład),słomianym dziurawym kapeluszu i zniszczonych spodniach,czasem wystaialiśmy jakiegoś kumpla z klasy przywiązanego do krzesła i zakneblowanego przed pokojem nauczycielskim z petycją o odwołanie lekcji...i jeszcze inne różne rzeczy ale chwilowo nie potrafię sobie przypomnieć