Laboratorium Re... > Terezin-Auschwitz > Sylwetki > Eva Roubičkova  

Eva Roubičkova

rozmawiali: Marek Miller i Małgorzata Preuss

Pamięta pani jak usunięto was z domu?
W domu przed wojną mówiliśmy po niemiecku, mieliśmy dużo przyjaciół Niemców.
Początek wojny był straszny. Uciekliśmy z Sudetów, z terenów przygranicznych. Właściwie już wtedy straciliśmy wszystko. Tam mieszkali sami Niemcy. To byli kiedyś moi przyjaciele, koledzy, a nagle wszystko się zmieniło, nagle byliśmy wrogami.
A potem nagle nikt z nami nie rozmawiał, chodzili i mówili „Żydzi precz”, rzucali kamienie do okien. Mieszkała z nami babcia, ona na dole, my na górze. Babcia była bardzo praktyczna, energiczna. Powiedziała: „tu jest źle, jedźmy na parę dni do Pragi, tu się jakoś w międzyczasie uspokoi”. Przyszłam ze szkoły, mama powiedziała: „zapakuj sobie trochę rzeczy, pojedziemy na kilka dni do Pragi”. Zapakowałam podręczniki, szczotkę do zębów i byłam szczęśliwa, że nie muszę iść do szkoły. Bo ja już ostatnio płakałam w szkole, nikt nie chciał tam ze mną rozmawiać. Więc jak jechałyśmy do Pragi, wzięłyśmy tylko małe torebki, babcia walizeczkę. Wynajęłyśmy pokój sublokatorski. We trójkę mieszkałyśmy w tym pokoju. Nie było ogrzewania, łazienki, woda na korytarzu. Pojechałyśmy tam niby na kilka dni i już nigdy nie wróciłyśmy. W międzyczasie było Monachium. W domu pozostał jeszcze tata i brat mamy. Musieli w ciągu kilku godzin opuścić tamto terytorium, to był ostatni pociąg. Jak przyjechali na granicę, Niemcy ich wyrzucali, a Czesi nie chcieli wpuścić, i tak na tej granicy żyli tydzień, bez jedzenia, bez picia, tylko z tym co mieli na sobie. W końcu Czesi musieli ich przyjąć i przyjechali do Pragi, więc było nas pięcioro. To też było straszne, nie wiedzieliśmy, co robić. Tata był nauczycielem w gimnazjum, dostał małą emeryturę, a z tej małej emerytury żyliśmy całą piątką. Potem szukaliśmy jakiegoś większego mieszkania, nie było możliwe, żebyśmy w tym jednym pokoju mieszkali w piątkę. Znaleźliśmy pokój z kuchnią w Wrszowicach. Tam już było lepiej, ale nie mieliśmy mebli, ubrania. Potem przypadkiem spotkałam mojego przyszłego narzeczonego. Mieszkał z rodziną w Pradze, bardzo nam pomogli, dali bieliznę, ubranie. Potem się zaręczyliśmy. Chcieliśmy gdzieś wyjechać, gdziekolwiek zagranicę, gdzie by nas wzięli.

fot: Małgorzata Preuss

Eva Roubičkova, autorka Pamiętnika z getta w Terezinie – najważniejszego dokumentu osobistego z getta

Dlaczego nie pojechaliście?
Nie było to już możliwe, nikt nas nie chciał.

Co pani robiła przed wojną?
Chodziłam do gimnazjum.

Jak poznała pani narzeczonego?
Poznałam go jeszcze przed wojną w 1938 roku na wakacjach, u cioci w Pilznie. Graliśmy w tenisa. W Pradze spotkaliśmy się przypadkiem na ulicy. Byłam bardzo szczęśliwa, że go zobaczyłam, bo nie miałam tu żadnych przyjaciół. W marcu 1939 do Pragi weszli Niemcy. Mój narzeczony miał przyjaciela w Anglii i on zgłosił go tam na uniwersytet. Dzięki temu Niemcy go puścili, ja już niestety nie mogłam. Z zagranicy miał pomóc całej rodzinie, ale nikt już się nie wydostał. Odjechał tydzień po 15 marca, a w tą noc moja babcia popełniła samobójstwo. Babcia myślała, że wszyscy wyjedziemy, była z tego powodu bardzo nieszczęśliwa. No ale dzięki temu uniknęła obozu koncentracyjnego.

To jest pani gwiazda, można ją zobaczyć? Nosiła ją pani w Terezinie?
Dostaliśmy tak z 5-6, jeszcze w Pradze, musieliśmy na wszystko ponaszywać. Już początek wojny był straszny. Uciekliśmy z Sudetów, z terenów przygranicznych. Właściwie już wtedy straciliśmy wszystko. Tam mieszkali sami Niemcy. To byli kiedyś moi przyjaciele, koledzy, a nagle wszystko się zmieniło, nagle byliśmy wrogami.

Pisała pani dziennik. Dlaczego?
Zaczęłam pisać jakoś tak rok przed wojną, zapisywać to co mnie interesowało. Potem byłam tak pełna wrażeń, o których nie mogłam nikomu powiedzieć, nawet rodzicom, że musiałam jakoś się tym z kimś podzielić. Potrzebowałam to komuś powiedzieć. Było dużo rzeczy, których nie mogłam powiedzieć ani mamie ani tacie, dlatego opowiadałam je temu dziennikowi.

Miała Pani rodzeństwo?
Nie.

Co się stało z rodzicami?
Pojechali transportem do Oświęcimia pod koniec wojny.

Przeżyli?
Na pewno szli od razu do gazu. Z tych ludzi już nikt nie wrócił.

Czyli została pani sama?
Tak.

Jak pamięta pani rodziców, kiedy widziała się pani z nimi po raz ostatni?
To było coś tak strasznego, że na ten temat nie chcę mówić.

Wiedziała pani, że już się więcej nie zobaczycie?
Nie mogłam tego wiedzieć, czy ich zobaczę czy nie. Zostałam sama.

W Terezinie pracowała pani jako pasterka. Jak to się stało, że trafiła pani akurat do tej pracy?
Byłam tam od grudnia 1941 roku. Wcześniej przyszła grupa młodych mężczyzn, Aufbau komando, którzy przygotowywali teren na getto. To jeszcze było w czasie, kiedy tam mieszkali obywatele miasta Terezina. Wtedy gdy przyszłam, zakładano tam gospodarstwo rolne. Do czerwca pracowałam w polu, w ogrodach dla Niemców, a kiedy w czerwcu 1942 Lidice zostały zlikwidowane w odwecie po zamachu na Heidricha, zajęliśmy się zwierzętami.

W którym miejscu Terezina były ogrody, w których pani pracowała?
Wiedzą państwo, że Lidice były zupełnie zniszczone, to była wieś, gdzie wszyscy mężczyźni zostali zabici, a kobiety i dzieci szły do obozu koncentracyjnego. Te zwierzęta, owce, kozy, którymi się zajmowałam, były blisko Lidic.

Pani pasła owce, czyli mogła pani wychodzić poza mury Terezina?
Mogłam i to była wielka wygoda. Miałam specjalne pozwolenie na opuszczanie Terezina.

Ile było takich pasterek jak pani?
To się zmieniało, ale mniej więcej 4-5.

Przez jaki czas pracowała pani przy owcach?
Do końca. Zanim pracowałam poza Terezinem, dostałam kiedyś paczuszkę od czeskiego kolejarza. Położył mi ją, pokazał, w środku był kawałek kiełbasy, warzywa, cebula, kawałek chleba ze smalcem, to był majątek. Niosłam ją dla rodziców, którzy byli w Terezinie, a też byli głodni. Na granicy Terezina stali żandarmi. Wcześniej nigdy nas nie kontrolowali, a wtedy akurat był jeden zły, który sprawdził i powiedział, że mnie zaaresztują i odwiozą do więzienia. Miesiąc byłam w więzieniu.

Gdzie była pani więziona?
W koszarach. Miałam iść za karę pierwszym transportem do Polski. Mój tata był w szpitalu, miał gruźlicę. W I wojnie światowej dostał medal, a Niemcy to bardzo respektowali, więc tata był chroniony i jego rodzina także. Tata wtedy poszedł za esesmanem, powiedział mu o tym i zabrali mnie z transportu. Pod koniec, w 1944 r., w październiku, kiedy likwidowano Terezin, szli już wszyscy, również ci chronieni, i ja się zgłosiłam, że chcę jechać z rodzicami, ale Rahm mnie nie puścił. Więc zostałam w Terezinie, a rodzice pojechali.

Jak pani myśli, dlaczego Ram to zrobił?
Widocznie chciał mi uratować życie, nie wiem. Wszystko już było w pociągu, moje walizki. A ja zostałam i byłam nieszczęśliwa z tego powodu. Potem przestałam pisać dziennik.

Kim on był?
Normalnym kolejarzem. Pracował na stacji w Bohuszowicach. Odmówiłam, bo by zabili całą jego rodzinę, a on miał trójkę małych dzieci. Był mi wdzięczny, że go nie zdradziłam. Z wdzięczności posyłał mi ciągle jakieś artykuły żywnościowe. Potem to było już bardziej skomplikowane, bo on miał jakieś znajomości w Terezinie, mógł kupować mięso i inne produkty i zaczął je wymieniać na złoto, biżuterię. Pomagał mi całą wojnę, pewnie wzbudzałam w nim sympatię. Dla mnie to było bardzo ważne, tata miał gruźlicę, potrzebował więcej jeść, a tam był głód. Nie mówiłam skąd miałam to, co dostawałam, ponieważ gdyby kiedyś ich przesłuchiwano i zdradziliby że wiedzą, byłyby nieprzyjemności.

Miał normalną rodzinę?
Tak, miał żonę. Ona zawsze piekła buchty do Terezina, a on je przynosił. W maju 1945 Terezin był już trochę otwarty, więc kolejarz przyszedł i powiedział, że weźmie mnie do siebie. Posadził mnie na ramie od roweru i pojechaliśmy do niego. To było chyba 5 maja, a w nocy dostałam wysokiej gorączki. Lekarz nie mógł tam przyjść, więc powiedziałam, żeby wziął mnie na noc z powrotem do Terezina. W Terezinie już wtedy była kwarantanna, Czerwony Krzyż, nie chcieli mnie wpuścić. Nie wiem jak on to załatwił, czy komuś podpłacił. Było mi niedobrze, w ogóle nie wiedziałam co mi jest. Dostałam się do szpitala, leżałam tam 6 tygodni. Czy tam już byli wtedy żołnierze radzieccy, nie wiem. To już właściwie było po wojnie.

Czy kolejarz przychodził panią odwiedzać?
Nie mógł, była kwarantanna, Czerwony Krzyż. Było już po wojnie, nie wiedziałam co z sobą zrobić, gdzie iść. Myślałam, że może gdzieś zobaczę rodziców. Nie miałam pieniędzy, mieszkania, nie miałam nic, tylko to co na sobie. Poszłam do Pragi. Dostałam legitymację repatriacyjną.

Jak panią zastało wyzwolenie? Czy mogłaby pani bardzo szczegółowo opowiedzieć moment wyzwolenia Terezina?
To też cała historia. Kolejarz na początku maja chciał mnie wziąć do siebie, mówił, że w Terezinie jest tyfus, teren zamknięty. On miał kryjówkę gdzieś pod jakimś pomieszczeniem dla królików. Proponował mi, że weźmie mnie jeszcze wcześniej, z rodzicami, jak szli do transportu, ale ja się bałam, odmówiłam.

Jaki ostatni obraz Terezina pani pamięta?
Po wyjściu ze szpitala najpierw zaczęłam szukać swoich walizek. Jedna była u Karla Koszwanca, tego kolejarza i ktoś ją ukradł, jedna była w transporcie do Oświęcimia, którym miałam jechać. Dziennik się uratował, więc musiał być w jakiejś torbie, którą miałam ze sobą.
Później pojechałam tam jeszcze raz z mężem, chciał wiedzieć jak to wyglądało. To było jeszcze w 1945 roku, dostaliśmy wysypki, tyle było jeszcze brudu. Potem już nigdy nie byliśmy. Kiedyś jeszcze córka była, ale tam już mieszkali ludzie, normalnie.

Ile miała pani lat w chwili wyzwolenia Terezina ?
23.

Całe życie przed sobą.
Tak, ale nie wiedziałam co robić. Nie miałam nikogo, rodziców, przyjaciół. Dostałam trochę pieniędzy, ale niedużo. Chodziliśmy na zupę do gminy żydowskiej. Byłam z jeszcze jedną starą panią, która też wróciła z Terezina, a jej syn wrócił wtedy z Polski, z obozu koncentracyjnego i napisał, że mieszka w Pradze na ulicy Rybnej. Okazało się, że tam mieszkał taki jeden, też z obozu koncentracyjnego i przyjmował każdego kto przyszedł, czyli spaliśmy tam jak w Terezinie, jeden obok drugiego. Moje wcześniejsze mieszkanie było zajęte.
Mój narzeczony na początku wojny wyjechał do Anglii,. Chciał, żebym ja też jechała, ale już było za późno. Więc on został tam, a ja tu. Całe 6 lat nic o nim nie wiedziałam. Po wojnie przypomniałam sobie, że miał jakichś krewnych, ale nie mogłam sobie przypomnieć ich nazwiska. Zaczęłam przeglądać książki telefoniczne i przypomniałam sobie, to już było chyba po 14 dniach, że nazywają się Szyndelarz. Zadzwoniłam do nich. A oni powiedzieli, panie Boże jak to wspaniale, chociaż jedna osoba z całej rodziny ocalała! Mój narzeczony przyjechał z Zachodu z armią czechosłowacką. Szukał całej rodziny, a nikogo nie mógł znaleźć. Ja leżałam w szpitalu, nie było żadnej ewidencji. Krewni dali mi jego adres, był jeszcze w wojsku, gdzieś na Szumawie, napisałam do niego. Nie wiedziałam czy jest żonaty, czy nie, 6 lat minęło. Napisałam więc bardzo ostrożnie, że wróciłam, czy chce mnie widzieć, że jestem tu i tu, podałam adres na ulicę Rybną. Następnego dnia już był. Zadzwonił do drzwi, patrzę - ktoś w mundurze, nie mogłam go poznać. Pytaliśmy się „czy to ty? czy to ty?”. Kiedy wyjeżdżał, byłam jeszcze podlotkiem. Przeżyliśmy tylko my dwoje, on jeden ze swojej rodziny, ja jedna ze swojej. Był kawalerem. 1 sierpnia wystąpił z armii, a po 3 tygodniach wzięliśmy ślub.

To był pani jedyny mąż?
Tak, jedyny. Myśmy się tutaj wprowadzili do tego mieszkania, w którym teraz jesteśmy, narodziły się dzieci, dwoje dzieci mieliśmy, tu już są wnuki.

Jaka była różnica wieku między wami?
Był starszy o 12 lat. Życie po wojnie nie było proste, bo mąż był w armii na Zachodzie. Z zawodu był prawnikiem, pochodził z prawniczej rodziny. Nie mógł pracować w zawodzie.

Nigdy nie chcieliście wyemigrować jako ludzie pochodzenia żydowskiego, do Izraela, do Ameryki?
Nie. Mąż był już starszy, schorowany, nie dostałby tam emerytury. Nie chciał być na obczyźnie. Córka wyemigrowała.

Niemcy ulegli propagandzie, ale dlaczego akurat oni to zrobili, dlaczego to wymyślili?
Niemcy są dobrze zorganizowani, lubią mieć wszystko uporządkowane. Nie są indywidualistami, wolą podlegać jakiemuś systemowi. Obiecano im, że opanują cały świat.

do góry




Projekt jest finansowany z funduszy Komisji Europejskiej w ramach programu "Działania związane z ochroną i zachowaniem ważnych miejsc i archiwów związanych z deportacjami". Kontrakt numer 2005-1725/001-003 CNA

Europa wg Auschwitz Laboratorium Reportażu Muzeum KL Auschwitz-Birkenau Muzeum w Terezinie