Laboratorium Re... > Terezin-Auschwitz > Sylwetki > Helga Hošková  

Helga Hošková

Wysłuchali: Małgorzata Preuss, Marek Miller

Praga

Urodziłam się w roku 1929. Nie miałam rodzeństwa. Należeliśmy do warstwy średniej, nie byliśmy ani najbogatsi ani najbiedniejsi, tata był urzędnikiem bankowym, a mama krawcową. Większość Żydów w Czechach była zasymilowana. Nie byliśmy ani syjonistami ani niewierzącymi. Już jako dziecko uświadomiłam sobie, ze jestem Żydówką, ale nie czułam się inna. Dwa razy w roku z mamą chodziłam w czasie żydowskich świąt do synagogi. Tata nie chodził wcale.

W 1933 wiedzieliśmy, ze dzieje się coś strasznego, później zaczęliśmy myśleć o emigracji, ale nie było to takie proste. Wszystkie państwamogły przyjąć tylko pewną ilość Żydów. Trzeba było mieć zaproszenie z państwa, do którego chciało się emigrować. A wiza dużo kosztowała. Nie chcieliśmy żeby doszło do rozłąki, a trudno było, żeby cała rodzina emigrowała.

Stopniowo przez wszystkie te zarządzenia przeciwko Żydom czuliśmy się odizolowani, nie mogliśmy wyjść do teatru, do kina, do parku, na basen. Na zawsze zapamiętałam dziewczynkę, która powiedziała dzieciom, że nie wierzę w Chrystusa, więc nie można bawić się ze mną. Wróciłam wtedy do domu i płakałam, pytałam mamę, dlaczego. Tłumaczyła mi, że to nie moja wina.

Niektórzy przestali nam mówić dzień dobry, ale staraliśmy się zrozumieć, że to ze strachu.Wiedzieliśmy, że nie byli przeciwko nam. Mieliśmy znajomą rodzinę, która nam pomagała Schowaliśmy u nich niektóre rzeczy. Po wojnie chcieliśmy się im zrewanżować, ale nie mogliśmy, bo oni już nie wrócili.

Zakupy mogliśmy robić dopiero w godzinach popołudniowych, ale nie było już wtedy wyboru. Nie mogliśmy pójść dalej niż 30 km od miejsca zamieszkania. Zostały nam odebrane różne rzeczy, odbiorniki radiowe, rowery, narty… Ale też wszystkie zwierzęta. Żydzi nie mieli możliwości wykonywania swojego zawodu – obowiązywał zakaz dla żydowskich lekarzy, prawników. Nikogo nie obchodziło, z czego będziemy żyli.

Martwiliśmy się bardzo z tego powodu, ale cały czas sobie tłumaczyliśmy, ze to niedługo minie, bo nikt sobie nie wyobrażał, że może być coraz gorzej. Mówiliśmy sobie, że wytrzymamy bez teatru i bez wszystkiego. Tata radził sobie prowadząc księgowość. Ale to było niebezpieczne, bo narażało także tych ludzi, którzy go zatrudniali.

Nie pozwolono nam na udział w różnych organizacjach dziecięcych i młodzieżowych, potem wyrzucono nas ze szkoły. Dokończyłam czwartą klasę szkoły podstawowej. Pamiętam, jak szłam po ostatnie świadectwo, miałam same piątki, ale płakałam, bo wiedziałam, ze już do szkoły nie pójdę, a mama mnie pocieszała mówiąc: “nie płacz, bo ktoś pomyśli, że masz złe oceny”.

Nigdy się nie wstydziłam tego, kim jestem. Jesienią 1941 roku zaczęliśmy nosić gwiazdy. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy z koleżanką wyszłyśmy pierwszy raz na ulicę z gwiazdą. Specjalnie zachowywałyśmy się wesoło, żeby nikt nie pomyślał, że jesteśmy gorsze. Pisałam nawet o tym w swoim dzienniku, że to nie my powinniśmy się wstydzić, ale ci, co nas do tego zmusili.

fot: Małgorzata Preuss

Helga Hošková, malarka - b. więźniarka getta w Terezínie

Terezin

Pierwszych pięć transportów Żydów z Pragi pojechało do Polski, do Łodzi, do getta. Od 24 listopada transporty zaczęły jeździć do Terezina,. My jechaliśmy jednym z pierwszych. Zanim zaczęły się transporty, doszło do rejestracji wszystkich Żydów. Musieliśmy oddać spis majątku. Opuszczając mieszkanie mogliśmy wziąć 50 kg, a wszystko musiało się zgadzać ze spisem. Jeżeli się dało, to zamienialiśmy oryginał obrazu na reprodukcję, albo lepsze rzeczy na gorsze. Meble z żydowskich mieszkań zostały odwiezione do magazynów, nasze mieszkanie dostał jakiś Niemiec. Kiedy po wojnie wróciliśmy do mieszkania, to nie było tu żadnego naszego mebla, a tylko na futrynie zostały znaki po mojej huśtawce.

Do transportu każdy z sobą brał coś ważnego, a dla mnie ważne były kredki, farby, papier. Już jako dziecko malowałam. Tatuś interesował się bardziej muzyką. Talentu muzycznego po nim nie odziedziczyłam.Powiedziano nam, że wszyscy Żydzi zostaną skoncentrowani w jednym miejscu.Po przyjeździe rodziny zostały od razu rozdzielone. Na początku mieszkaliśmy w koszarach, ja z mamą w drezdeńskich, a tata w magdeburskich. Nie mogliśmy się spotykać. Za pośrednictwem kogoś, kto szedł, przekazywaliśmy sobie wiadomości. A ja wysłałam tatusiowi ten rysunek, miałam 12 lat, był grudzień. Tatuś mi odpowiedział: maluj wszystko co widzisz.To był mój pierwszy i w zasadzie ostatni dziecinny rysunek. Dlatego, że to co było potem już nie uważam za dzieciństwo.

W pierwszych miesiącach nie mogliśmy wychodzić na zewnątrz, zanim nie wydalono ludności okolicznej. Byliśmy odcięci od świata, nie mieliśmy radia, telefonu, gazet. Myśleliśmy, że ludzie na zewnątrz nie wiedzieli, co się z nami dzieje, bo gdyby wiedzieli, to pomogliby nam. Malarze tez nielegalnie malowali, żeby zdokumentować to, co działo się w obozie. Starali się te obrazki przekazać na zewnątrz.

Wszystko, co się tam działo, stawało się tematem moich rysunków. Rysunki te różnią się od obrazów tych malarzy, którzy byli w Terezinie, bo ja malowałam szczegóły, których oni nie widzieli. Pozostałe dzieci były pod wpływem pani Frydel-Dikel, która prowadziła kółko artystyczne. Chciała im wrócić ciepło domu, więc malowali słoneczka, kwiatki. Ja malowałam tak, jak mi powiedział tatuś:co widziałam. Rysowałam w każdą wolną chwilę, bo dzieci też pracowały, przeważnie w ogrodzie. Pomimo że nauka była zakazana, odbywały się nielegalne lekcje, więc chodziliśmy do pracy, uczyliśmy się, wieczorem na godzinę spotykaliśmy się z rodzicami, a w międzyczasie, w wolnych chwilach, siedziałam na pryczy i rysowałam.

Było dobrym rozwiązaniem, że dzieci mieszkały osobno.W czasie, kiedy na początku mieszkały z dorosłymi, była trudna atmosfera: ktoś był chory, ktoś był zdenerwowany, tak że trudno to było wytrzymać. W koszarach było tak zimno, budynki nie miały okien, musieliśmy usuwać lód ze ścian. Dla nas było bardzo ważne i w zasadzie przyjemne, ze wszystkie dzieci były razem. Jednakbardzo tęskniłam do mamy. W nocy czasami do niej uciekałam. Stopniowo też musieliśmy się do siebie przyzwyczajać, były tam dzieci z miasta, ze wsi, nauczyliśmy się tam tego, czego w żadnej szkole nie nauczą, tolerancji, wzajemnej pomocy, koleżeństwa.

Byłam w Terezinie prawie trzy lata. Po nakręceniu filmu, kiedy odjechała komisja, Terezin przestał spełniać funkcję propagandową i transporty zaczęły odjeżdżać jeden po drugim. Tata wyjechał trzecim transportem, w październiku 44 r. Pierwsze dwa transporty były męskie, do trzeciego mogły się zgłosić kobiety. Mama chciała się zgłosić, tata powiedział, że musi zostać dla mnie. Kiedy jechały całe rodziny, obiecano im, że będą razem. Dwa dni później dostałam się do transportu z mamą. Na drogę dostałyśmy konserwę i pasztet.

Oświęcim

Oświęcim był dla nas strasznym szokiem. Na początku cieszyłyśmy się, że się spotkamy z tatą. Schowałyśmy tę konserwę, bo myślałyśmy że tatuś będzie na nas czekał.Jechałyśmy w bydlęcych wagonach wraz z bagażami, wszystko było zamknięte i nic nie widzieliśmy, jechałyśmy 48 godzin i nie mieliśmy zielonego pojęcia, gdzie jedziemy, w końcu ktoś, kto wyglądał przez szparę powiedział, że jesteśmy w Polsce.

Najgorszy był przyjazd do Oświęcimia. Naraz wagony zostały otwarte, słyszeliśmy krzyk, psy, raus, zostawić wszystko. Wcale nie rozumieliśmy o co chodzi, myśleliśmy, ze to jakaś pomyłka. Wyciągnęli nas z pociągu, ustawili w rzędzie. Ludzie nam szeptali: wszyscy jesteście zdrowi, wszyscy jesteście zdolni do pracy i nie przyznawajcie się do siebie. Ja miałam 15 lat, mama miała 38. Myślałam o tym, ile mam lat, i że powinnam powiedzieć, że jestem starsza.A mama znowu myślała, żeby powiedzieć, że jest młodsza. Dzielili ludzi na dwie grupy: z jednej strony matki z dziećmi, z drugiej pojedyncze osoby. Wszystkie dzieci, które miały mniej niż 15 lat, od razu poszły do gazu. Widziałyśmy jakieś kominy, myślałyśmy, ze tojakaś fabryka. Stał się cud: pomimo, ze nie miałam jeszcze 15 lat nie wzięli mnie do gazu, postawili mnie po drugiej stronie. Około 100 dzieci przeszło tego dnia. Byłam koło mamy, pomimo, że powiedzieli nam, żeby nie przyznawać się do siebie. To było ogromne szczęście, ze dostałyśmy się w czasie selekcji na jedną stronę. Wpędzili nas wszystkich do baraków, kazali rozebrać się do naga. Tam nas ostrzygli, ogolili.

W Oświęcimiu byłam 10 dni. Dzień i noc to było jedno. Pamiętam, ze całe 10 dni trzymałyśmy się z mamą za rękę i bardzo nam to pomogło. Ciągle nas gdzieś gonili na zewnątrz do wewnątrz, jak byśmy się puściły, to byśmy nie znalazły się. Mamie jeszcze wiele lat po wojnie śniło się, ze jestem mała i musi mnie trzymać za rękę.Podczas selekcji w tym jednym kawałku odzieży, który mogliśmy wybrać z kupy, wpędzili nas do baraku, gdzie były 3-piętrowe prycze. W Terezinie tez były 3-piętrowe prycze, ale mieliśmy kołdrę, poduszkę, siennik, menażkę. A tutaj - duży barak, żadnych materacy, żadnych sienników, w miejscu przeznaczonym dla 4 osób kładli 10. Obracaliśmy się na komendę, kładliśmy tak, żeby się zmieścić. Od czasu do czasu przywieźli nam jakąś wstrętną zupę, ale nie mieliśmy nawet łyżki. Co chwila wyganiali nas na zewnątrz na wielogodzinne apele, było zimno, deszcz.A później znowu nas wtłaczali do baraku i musieliśmy się rozbierać. Później pozwalano nam z kupy ubrań wziąć po kawałku odzieży, jedną sztukę bielizny, sukienkę, płaszcz i buty, ale były one nie od pary. Poszliśmy wszyscy do obozu pracy. Znowu nas wsadzono do wagonów dla bydląt i odwieziono pod Drezno.

Pracowałyśmy pół roku w Dreźnie, gdy się zbliżał front radziecki. Każdy obóz pracy podlegał pod jakiś obóz koncentracyjny, a myśmy podlegali pod Frasenburg i tam nas chcieli odwieźć. W obozach pracy też ludzie umierali z głodu, ale nie było komór gazowych.

Pod koniec wojny wywozili transporty, chcieli nas odwieźć do Frasenburga, ale tory były już rozwalone, spędziliśmy wiele dni w wagonach dla bydła, bez jedzenia. Czasem jakiś kartofel się znalazł. Jeździliśmy w różnych kierunkach, w końcu dojechaliśmy do czeskich Budziejowic, znowu mieliśmy szczęście, bo to było 29 kwietnia, rozpoczęła się interwencja Czerwonego Krzyża, dwa dni przed naszym przyjazdem przestali gazować.

Powrót

5 maja wyzwolili nas Amerykanie. Pamiętam powrót do domu, mniej więcej 14 dni potem widziałam Dunaj. Ale nic mnie nie obchodziło. Chciałam tylko do domu, z mamą.

Mama była słaba, wycieńczona, w samą porę dostała jakieś zastrzyki od Amerykanów, przyjechaliśmy do Pragi pociągiem, za 15 druga w nocy. Powiedzieli nam: jesteście wolne, możecie iść do domu. Ale my nie miałyśmy domu. Zaprzyjaźniona rodzina, która nam pomagała w czasie wojny, wzięła nas do siebie. Zachorowałyśmy na tyfus. Wypuścili mnie wcześniej niż mamę ze szpitala, nie chciałam już wracać do tej rodziny, żeby nie robić problemów. Spałam po różnych noclegowniach.

Nigdy się nie dowiedziałyśmy, co się stało z ojcem. Były sporządzone spisy, ale jego nie było. Prawdopodobnie poszedł prosto do gazu.

Udało się nam odzyskać mieszkanie. Poszłam do szkoły bez egzaminu o rok niżej niż powinnam. Wyszłam z gimnazjum i poszłam do szkoły sztuki użytkowej i jednocześnie studiowałam w gimnazjum eksternistycznie. Zdałam maturę w obu szkołach jednocześnie i całe życie zawodowo malowałam.

Nigdy nie myślałam, że będę zdolna w ogóle o tym mówić, ale czuję, że nazizm ciągle istnieje.Niewiele nas wróciło, niektórzy do dzisiaj nie potrafią o tym mówić, ale mówić trzeba, to jest nasz obowiązek.Dla przyszłości należy poznać przeszłość.

do góry




Projekt jest finansowany z funduszy Komisji Europejskiej w ramach programu "Działania związane z ochroną i zachowaniem ważnych miejsc i archiwów związanych z deportacjami". Kontrakt numer 2005-1725/001-003 CNA

Europa wg Auschwitz Laboratorium Reportażu Muzeum KL Auschwitz-Birkenau Muzeum w Terezinie