Pavel Weiner

wysłuchali: Małgorzata Preuss, Marek Miller

Kiedy Niemcy posłali nas do Terezina, miałem 10 lat i parę miesięcy. Urodziłem się w 1932 roku. Pochodzę z rodziny, w której ojciec był polskim Żydem, a matka zasymilowaną czeską Żydówką. Ojciec nie był ortodoksyjny, jednak pobożny. Pamiętam, że w te wielkie święta chodziłem do synagogi z ojcem, a w domu codziennie modliłem sięz dwa lata młodszą siostrą. To była modlitwa bardziej chrześcijańska: “Aniele Boże stróżu mój”.

Nie byliśmy żadną bogatą rodziną. Mieliśmy piękne mieszkanie mieliśmy w Pardubicy. Ojciec jeździł po Słowacji i tam sprzedawał gumowe obcasy dla firmy Rubena w Nahodzie.

W domu mówiło się po czesku. Ojciec po czesku dobrze mówił i pisał, a gdy chciał, żebyśmy nie rozumieli, to mówił po niemiecku. W łagrze stało się to moim problemem, bo Żydzi, z którymi mieszkałem z wyrzutem mówili: co z Ciebie za Żyd.

Faszyzm zaczął się w ten sposób, ze musieliśmy się wyprowadzić z mieszkania. To było w 1941 roku. Ja już nie mogłem chodzić do szkoły, a więc mam tylko pierwszą i drugą klasę podstawową. Trzecią robiłem po kryjomu.

Bałem się chłopaków z hitlerjugent. Nikt mi nic nie zrobił, ale wiedziałem, że czyha niebezpieczeństwo. Nosiłem gwiazdę, do szkoły chodziłem okrężnymi drogami.

Noszenie gwiazdy specjalnego wrażenia na mnie nie robiło. Może gdybym miał 13-15 lat to co innego, ale miałem tylko 9. Co mnie to obchodziło? Ojciec już nie miał pracy, ale ciągle jeszcze mieliśmy co jeść. Chociaż jedliśmy bardzo skromnie.

Terezin

Kiedy dostaliśmy wezwanie do Pardubic wiedziałem już, ze coś się dzieje. Mama piekła jakieś herbatniki i pakowała je w celofan. A kiedy już szliśmy do transportu, pan Lopman, właściciel domu, w którymmieszkaliśmy, pożyczył nam czterokołowy wózek. Spakowaliśmy się do niego. A pan Lopman szedł z nami kawałek dalej. Za nim przyjechał jakiś młody żołnierz niemiecki. To był lotnik. Włożyłem na głowę jego czapkę. Tacie się to za bardzo nie spodobało.

Z dworca odjechaliśmy zwykłymi wagonami. Wtedy kolej nie prowadziła jeszcze bezpośrednio do Terezina tylko do Boguszowic. 3 kilometry musieliśmy przejść pieszo. To była jesień 43, jeszcze było stosunkowo ciepło,a ja miałem rzeczy na zimę i jeszcze coś na plecach i w rękach coś miałem i pamiętam, że płakałem, że już nie mogę iść. Tata mi nawymyślał: zobacz, Lenka, twoja siostra jest dzielna a też musi iść.

Mieszkałem z mamą i siostrą na Bankofstrasse. Mama tam pilnowała ustępu. Nieraz stałem tam zamiast niej, a po każdym, kto wychodził, kontrolowałem czystość. Byłem bardzo ważny, bo mogłem kontrolować dorosłych ludzi.

Byłem w Terezinie rok i dwa miesiące. Tam, pod koniec 1943 roku, na zapalenie opon mózgowych umarła mi siostra. Później pomyślałem sobie, że dobrze, że umarła tam, nie w komorze gazowej.

W maju 44 r. wysłano nas transportem do Oświęcimia. Byliśmyupchani w bydlęcych wagonach, zjednym kubłem wody i jednym na odpady. To były metalowe wiadra. A tyle tam było osób, że nie wiedziałem, czy mam się załatwić, czy nie. Prawdopodobnie jechaliśmy cały dzień i następnego dojechaliśmy.

Transporty przeważnie przyjeżdżały w nocy. Wszędzieświatła, druty, krzyk. A potem nas rozdzielili.Szedłemz ojcem. Jakiś więzień powiedział ojcu,żeby oddał buty, bo i tak mu zabiorą.

Trafiliśmy doobozu BII. Kapo był tam Aga Fischer. Potwór. Nie wiem z jakiego powodu uderzył mojego ojca kilkakrotnie kijem. Strasznie się go bałem. Chodził skurczony, garbaty.

Mama mieszkała z kobietami. Razem z drugą kobietą w wielkich kotłach nosiła zupę. To było bardzo ciężkie. Mogliśmy ztatą wyskrobywać resztki z tych kotłów. Były strasznie głębokie, nie mogłem się dostać do dna. Nie wiem, jak mama mogła to unieść.Robiła to chyba,więcej zjeść.

To pamiętam bardzo dobrze. następna rzecz to selekcja przed Mengelem, to wtedy, kiedy była likwidacja w lipcu 44 roku. Mówiło się o kominach, że dymiły, smród był z tego komina, ale sobie nie zdawałem sprawy. Ale żeby ktoś chodził zgnębiony, to nie, nikt nie oczekiwał, ze tam pójdziemy, przynajmniej ja to tak pamiętam.

W lipcu 1944 roku braliśmy z ojcem udział w selekcji przeprowadzanej przez Mengele.Że to był on, dowiedziałem się dopiero po wojnie. Siedział tam razem zwięźniem, który zapisywał numery wskazane przez Mengele. Przechodziliśmy przed nim nadzy. Najpierw szedł tata, potem ja. Więzień zapisał mój numer i skierowałmnie na drugą stronę, inną niż ojciec.Poszedłem do maleńkiej grupy, a tata do tej dużej. Ojciec, kiedy zobaczył, że ja jestem gdzie indziej niż on, znowu stanął na końcu kolejki, a ponieważ to było tam bardzo dużo ludzi,nikt nie poznał, że on idzie drugi raz. Mengele znów kazał mu iść do innej grupy niż moja.Powiedział, że chce iść tam, gdzie syn. Mengele powiedział,że i tak nie będziemy razem.

Odprowadzili nas do lagru D. Było chyba 90 chłopców. Miałem wtedy 12i pół roku.Pozostali chłopcy byli o kilka lat starsi, także mnie i 3 innych chłopców uważali za dzieci.Dzisiaj żyje nas 34 z tamtej grupy. Ciąglemyślimy, dlaczego Mengele nie wysłał nas do gazu i nie użyto nas do grupy eksperymentów.

Nikt dokładnie nie wiedział, co się stało, ale mówiło się, że tę drugą grupę prawdopodobnie posłano do gazu. Nikt nie chciał w to wierzyć. Z naszego bloku D na drugi dzień wypatrzyliśmy blok B. Wśród stojących tam ludzirozpoznałem mamę i tatę. Oni też mniepoznali. Zamachaliśmy do siebie, inni chłopcy tez machali. Na drugi dzień znowu się widzieliśmy, a na trzeci dzień już tam nikogo nie było. Wtedy nie wiedzieliśmy, czy pojechali jakimś transportem dalej, czy poszli do gazu. Mnie nikt nie powiedział, że to jest pewne, że oni nie żyją.

Po tym jak przyszliśmy do tego obozu D, to nas podzielili do grup, a mnie kazali pracować do Kleiderkamen, tam, gdzie były szatnie, tylko ja tam poszedłem. Było to doskonałe, ponieważ nie musiałem nigdzie chodzić, ciągle byłem pod dachem. Ale byłem tam 3 tyg., potem jeden grecki młody Żyd, ale nie z naszej grupy, powiedział o mnie, ze ja ukradłem jakieś ubrania. To mnie tam zbili i wyrzucili, a przecież ja nic nie wziąłem. A tam coś zginęło i musieli zrzucić na tego nowego. Ale ja tam znalazłem buty dla siebie, ubranie. A te buty wytrzymały aż do Pardubic, do powrotu.

Likwidacja Oświęcimia była w styczniu 45 r. Już słyszeliśmy armaty armii radzieckiej. Słyszeliśmy już, jak się strzela, nie wiedzieliśmy, ze to jest wojsko radzieckie. I nagle przyszedł rozkaz, że idzie się na marsz.

Do nas przyszedł SS-man i powiedział, ze dzieci zostają tutaj. A myśmy zaczęli krzyczeć, że my chcemy iść też, jesteśmy silni, pójdziemy. Nic nie odpowiedział, szliśmy. Już nas nie było 90, ponieważ przed tym wzięli jakąś grupę i posłali do innych obozów.

My nie chcieliśmy zostać, ponieważ powiedzieliśmy sobie, że jeżelizostaniemy tam, gdzie są słabi, chorzy, to po nas. Mimo że kominów już nie ma – to i tak nas zastrzelą. Była taka zasada: tam gdzie są chorzy, tam jest śmierć.

Szliśmy 3 dni, jedną noc bez przerwy, a dwie noce odpoczywaliśmy. Razem z innymi chłopcami spałem na gnoju, w gospodarstwie. Wszędzie był śnieg, a na gnoju ciepło.

Drugą noc spaliśmy w jakiejś stodole, na słomie. Maszerując pierwszej nocy, zrobiliśmy sobie każdy 3-osobową grupę. Ten po środku, trzymany przez tych dwóch, mógł zamknąć oczy i odpoczywać i tak na zmianę przez całą noc.

Szliśmy do Wodzisławia. Tam jest jeszcze problemem to, że tam, gdzie doszliśmy stały wagony, tam była stacja, a przez Wodzisław nie przechodzi kolej, kolej jest z 50 km dalej. Szliśmy do Gliwic.

Szedł z nami Ada Fischer. Starał się być bardzo miły, szedł z nami, maszerował. Ja się go bałem. Pamiętałem jak uderzył mojego ojca. Chciał iść z nami, a my nic na to nie mówiliśmy, ale on starał się, myśmy szli jako grupa. Widzieliśmy go tylko pierwszego dnia.

Wyzwolili nas w obozie koło Matchauzen. To byli Amerykanie. Najpierw jednak szła pierwsza grupa: brudni i zarośnięci Polacy, Czesi i Węgrzy. Nie mówili po angielsku. Ktoś nam pokazywał na karabinie, jak ma nacięcia, ilu Niemców zabił. Potem za godzinę nagle przyjechały dżipy i opancerzone pojazdy i przyjechali Amerykanie.

Kiedy minęło kilka miesięcy od końca wojny, a oni wciąż nie wrócili, powiedziałem sobie, że nie wierzę w Boga i wypisałem się z żydowskiej gminy w Pardubicy.

Ożeniłem się jeszcze na wyższej uczelni, w 55 r., miałem chyba 23 lata. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, co się stało z rodzicami.

do góry




Projekt jest finansowany z funduszy Komisji Europejskiej w ramach programu "Działania związane z ochroną i zachowaniem ważnych miejsc i archiwów związanych z deportacjami". Kontrakt numer 2005-1725/001-003 CNA

Europa wg Auschwitz Laboratorium Reportażu Muzeum KL Auschwitz-Birkenau Muzeum w Terezinie